Wykałaczka to przyrząd, który zna chyba każdy z nas. Filmy, w szczególności stare kreskówki na wzór Toma i Jerry’ego, z pewnością były jednym z pierwszych kontaktów z tym przyrządem w naszym życiu. Idąc do supermarketu, bardzo prawdopodobne jest też to, że natkniemy się na darmowe próbki jakiegoś produktu, nadziane właśnie na wykałaczki. Choć niepozorne i, zapewne dla niektórych, archaiczne w swojej naturze, przyrządy te wciąż mają się dobrze pod katem swojej użyteczności.

Dlaczego tak jest? Ponieważ są małe, proste i tanie. Zarówno w zakupie, jak i produkcji, zresztą. Wykałaczka nie wymaga od nas baterii, wprawy lub naładowania akumulatora. W jednej, niewielkiej paczce znajdziemy ich kilkadziesiąt, co pozwala na noszenie ich ze sobą wszędzie – do biura, na delegacje tudzież wykłady. Oczywiście, korzystanie z nich wymaga odrobiny ostrożności, ponieważ istnieje ryzyko podrażnienia sobie dziąseł. Nie jest to jednak problem tak duży, jak w przypadku nici dentystycznej. Po pierwsze, wykałaczka jest znacznie łatwiejsza w użyciu, pozwalając nam wydłubać resztki jedzenia spomiędzy zębów, zanim zainteresują się nimi wygłodniałe bakterie. Po drugie, współczesne wykałaczki bardzo często są usprawniane, w celu nadania im większego bezpieczeństwa. Wykonuje się je z elastycznego, bezpiecznego silikonu lub dodaje włosie na wzór szczoteczek.

Odrobina historii

Ktoś mógłby pomyśleć, że dłubanie sobie czymś długim i cienkim w przestrzeniach międzyzębowych to coś, na co starożytni ludzie wpadli stosunkowo szybko, zanim postanowili sobie oczyszczać zęby moczem i sproszkowanymi kośćmi w ramach bardziej złożonych eksperymentów. Dość powiedzieć, że osoby te mają rację – pierwsze wykałaczki, wykonane z brązu, znaleziono podczas wykopalisk w północnych Włoszech oraz Alpach wschodnich. Najciekawsze znalezisko pochodzi jednak z Florydy, gdzie archeolodzy odkryli kości rdzennych Amerykanów sprzed 7500 lat. Między zębami szkieletów znaleziono bardzo wyraźne wgłębienia, sugerujące, że tubylcy niezwykle intensywnie posługiwali się wykałaczkami. W końcu wskaźnik RDA nie był wtedy jeszcze powszechnie znany, więc szkliwo ciężko było uchronić przed nieumyślnymi uszkodzeniami.

Pierwsze wykałaczki zbliżone do tych współczesnych pojawiły się dopiero w siedemnastym wieku, kiedy to traktowano je na równi z biżuterią. Były one drogie i zarezerwowane tylko dla wyższych klas społecznych. W 1869 roku, Marc Signorello wynalazł pierwszą na świecie maszynę do produkcji wykałaczek. Trzy lata później opatentowano inny model takiego urządzenia, wynaleziony przez Silasa Nooble’a oraz J. P. Cooleya.

Amerykańskie wykałaczki, będące prekursorami tych współczesnych, wykonywano z brzozy. Korę tego drzewa cięto, krojono i wybielano, aby uzyskać produkt skuteczny, a zarazem lekki i cienki. Wykałaczki plastikowe pojawiły się nieco później, lecz wynalazek ten szybko zdobył sobie uznanie stowarzyszenia dentystycznego. Wykonane z plastiku przyrządy mają mniejsze szanse na podrażnienie dziąseł, zaś ich skuteczność nie odbiega w większy sposób od wykałaczek drewnianych.

Dlaczego wykałaczki są tak ważne?

Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o same wykałaczki, a o generalną konieczność oczyszczania przestrzeni międzyzębowych. Chociaż wydawać by się mogło, że jest inaczej, w rzeczywistości miejsca te nie są oczyszczane przez szczoteczkę do zębów. Jej włosie zwyczajnie tam nie sięga. Efekt jest taki, że myślimy, że nasze zęby są czyste, ponieważ szczotkujemy je dwa razy dziennie po dwie minuty, a tymczasem między zębami odkłada się płytka nazębna.

Pozostawiona zbyt długo, płytka twardnieje i przekształca się w zmorę każdego zęba – kamień nazębny. Tak stwardniałego nalotu już nie usuniemy w domu, więc konieczna staje się wizyta u dentysty, który bez większego problemu pozbędzie się kamienia. Problemem jest jednak dalsze nieusuwanie tego typu zanieczyszczeń.

Nieusunięty kamień postanawia bowiem bawić się w Aleksandra Wielkiego i wędruje w stronę korzenia, w celu kompletnej dominacji nad zębem. Skutki takiej ekspansji do przyjemnych nie należą – prowadzą one bowiem do zapalenia dziąseł. Początkowo niebolące i jedynie zaczerwienione i delikatnie krwawiące, dziąsła z czasem padają ofiarą paradontozy.

Co się wtedy dzieje? Nasza linia dziąseł zaczyna się cofać, szyjki zębów zostają odsłonięte, przez co nasze uzębienie staje się brzydkie i nadwrażliwe, zaś z czasem możemy nawet je utracić z powodu nadmiernego rozchwiania. Morał historii jest zatem prosty – nie dokarmiajmy bakterii! Zalegające między zębami resztki jedzenia to idealne źródło węglowodanów, dzięki któremu zwiększona zostaje produkcja kwasów, które szkodzą naszym zębom i pobudzają bakterie do dalszego buszowania.

Wykałaczka czy nić?

Wykałaczka, jak wspomnieliśmy wcześniej, jest dużo prostszym przyrządem w porównaniu z nicią dentystyczną, dlatego też korzystać z niej może każdy. Wystarczy po prostu umieścić ją między zębami i delikatnie wydłubać resztki jedzenia. Nić wymaga od nas techniki, ciągłego nawlekania i odwlekania jej fragmentów. Sprawia to, że ciężej jest korzystać z niej w pracy, zwłaszcza wtedy, jeśli pracujemy w korporacji, która daje nam bardzo mało czasu wolnego. Do szybszego oczyszczania przestrzeni międzyzębowych, nie znajdziemy lepszego narzędzia niż wykałaczka.

Podobnie jest z irygatorami dentystycznymi – złożonymi urządzeniami, które stanowią idealny zamiennik nici dentystycznych, o ile jesteśmy gotowi na nieco większy wydatek. Irygatory dzielimy na duże modele stacjonarne lub mniejsze urządzenia przenośne. Sęk w tym, że nawet model przenośny wymaga naładowanej baterii, zaś jego rozmiary nie pozwolą nam po prostu schować go do kieszeni. Jest to bardziej urządzenie na wyjazdy, aniżeli do pracy lub inne pomniejsze wyjścia. Tutaj prostota wykałaczki w dalszym ciągu stanowi jej największy atut.

Współczesne wykałaczki wyposażono dodatkowo we włosie, które pozwala na lepsze usuwanie zanieczyszczeń spomiędzy zębów. A jeśli potrzebujemy bardziej kompleksowego oczyszczania, na rynku dostępne są też przyrządy zwane niciowykałaczkami, czyli tzw. flossery. Niewielka główka tych przyrządów jest wyposażona w nić dentystyczną, zaś jej druga końcówka służy nam jako skuteczna wykałaczka. Jak zatem widzicie, nie potrzeba bardzo kosztownych gadżetów, aby móc w pełni ochronić nasze przestrzenie międzyzębowe przed kamieniem nazębnym!